22. lutego
Dawniej energia elektryczna była oczywistością. Włączaliśmy ją, gdy była potrzebna, i nie przejmowaliśmy się zbytnio ceną. Dziś zaczyna się mówić o „aktywnym konsumencie”, który śledzi ceny i na ich podstawie dostosowuje swoje zachowanie. Gdy prąd jest drogi, oszczędza. Gdy jest tani, korzysta z tego i zwiększa zapotrzebowanie. Pytanie brzmi jednak, czy jest to realne dla większości gospodarstw domowych, czy tylko dla marginalnej części społeczeństwa.
Zmienność cen nie jest kaprysem
Wahania cen energii elektrycznej nie są wymysłem ani karą dla klientów. Jest to naturalna konsekwencja funkcjonowania rynku w środowisku ograniczonych mocy, podobnie jak ma to miejsce na przykład w przypadku żywności sezonowej. W przypadku energii elektrycznej jeszcze trafniejsze jest porównanie do transportu. Jazda przez miasto w porannych godzinach szczytu ma swoją cenę. Kosztuje to więcej czasu, nerwów i wiąże się z ryzykiem opóźnienia. Drogi mają ograniczoną przepustowość i jeśli wszyscy wyjadą na nie jednocześnie, sytuacja pogorszy się dla każdego.
Z energią elektryczną jest podobnie. Zarówno sieć elektroenergetyczna, jak i elektrownie mają swoje limity. Ponadto energii nie da się magazynować na dużą skalę i tanio. Gdy wieje wiatr i świeci słońce, może wystąpić nadmiar energii, a cena spada. Z kolei gdy jest mroźny wieczór, ludzie ogrzewają domy, świecą światła, a jednocześnie nie wieje wiatr – w takim momencie każda kolejna kilowatogodzina jest trudniejsza do wyprodukowania, a zatem i droższa.
Black Friday vs. bułki przed zamknięciem: jak ludzie rzeczywiście reagują na zmiany cen
Wciąż często zakładamy, że gdy ludzie widzą zmieniające się ceny, automatycznie zaczną zachowywać się „poprawnie ekonomicznie”. Czyli że dostosują swoje zachowanie tak, aby zaoszczędzić. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.
Black Friday to typowa sytuacja, w której ludzie bardzo chętnie reagują na zmianę ceny. W tym okresie sprzedawcy oferują znaczne rabaty, często rzędu kilkudziesięciu procent. Oszczędność jest wyraźnie widoczna, a ponadto jest to jednorazowa decyzja typu „teraz albo nigdy”. Wynik? Wiele osób zmienia termin zakupu i reaguje dokładnie tak, jak oczekują handlowcy.
Drugi przykład jest odwrotny. W supermarketach często przed zamknięciem żywność jest przeceniona. Logika jest jasna – poczekać z zakupami na obniżki. W praktyce jest to jednak trudniejsze. Tym razem nie chodzi o jednorazową decyzję, lecz o zmianę, którą człowiek musiałby powtarzać i dostosowywać do niej swój plan dnia, aby oszczędności stały się zauważalne.
Dlatego ludzie reagują znacznie silniej na duże, widoczne i jednorazowe oszczędności niż na małe, regularne i dyskretne sygnały cenowe.
A teraz energia elektryczna: kto naprawdę będzie „aktywny”?
Wizja, w której ludzie masowo i dobrowolnie zaczną przesuwać swoje zużycie energii w zależności od cen godzinowych, brzmi na papierze logicznie. W praktyce jest to jednak podobne do oczekiwania, że większość ludzi będzie codziennie chodzić po przecenione pieczywo tuż przed zamknięciem sklepu. Tak, niektórzy będą to robić. Ale większość nie.
Dla przeciętnego gospodarstwa domowego wygoda i ustalony rytm dnia mają często większą wartość niż niewielka oszczędność. Co więcej, długofalowy trend społeczny idzie raczej w przeciwnym kierunku. Ludzie powszechnie dopłacają za komfort – za dostawę jedzenia pod drzwi, za szybsze usługi, za subskrypcje bez zmartwień. Nie oznacza to jednak, że idea aktywnego konsumenta nie ma sensu. Jako uniwersalny model dla większości gospodarstw domowych jest to jednak mało prawdopodobny scenariusz.
Gdzie szukać elastyczności bez konieczności zmiany ludzkich nawyków
Jeśli energetyka ma zyskać większą elastyczność, nie może to opierać się na tym, że ludzie będą codziennie śledzić ceny prądu i według nich dostosowywać swój plan dnia. To po prostu nierealne. Znacznie sensowniejsza droga prowadzi przez automatyzację. Wystarczy, że użytkownik raz ustawi to, czego potrzebuje – na przykład, że chce mieć rano naładowany samochód lub że wieczorem ma być wystarczająca ilość ciepłej wody. A potem wszystko dzieje się samo. Technologia wybierze odpowiedni czas, gdy prąd jest tańszy, i zadba o resztę.
Ładowanie samochodu elektrycznego, podgrzewanie wody czy praca domowego magazynu energii może odbywać się „w tle”. Gospodarstwo domowe funkcjonuje tak samo jak wcześniej, tylko nieco inteligentniej. Przy czym człowiek ma w każdej chwili możliwość interwencji i wprowadzenia zmian.
Elastyczność nie powinna być kolejnym dodatkowym obowiązkiem. Powinna być usługą, która działa cicho i niezawodnie. Tylko w ten sposób można wykorzystać zalety zmiennych cen.
Co to oznacza dla przyszłości „aktywnego konsumenta”
Nie ma sensu zadawać sobie pytania, czy aktywny konsument w ogóle się pojawi, ale jak będzie wyglądał w codziennym życiu.
Jedną z możliwości jest to, że będzie to dobrowolna „dyscyplina” dla wąskiej grupy osób. Tych, którzy lubią śledzić ceny, przełączać urządzenia i optymalizować każdy szczegół. Druga możliwość jest znacznie bardziej praktyczna: aktywność jako jednorazowa decyzja. Gospodarstwo domowe wybiera usługę, ustawia swoje granice komfortu, a system automatycznie i dyskretnie zarządza częścią zużycia w tle.
Jeśli energetyka ma rzeczywiście polegać na aktywnych konsumentach, musi spełnić dwie rzeczy jednocześnie: ustalić zasady tak, aby elastyczność opłacała się nawet bez codziennego „mikrozarządzania”, oraz wspierać technologie, które potrafią ją zapewnić po cichu, bezpiecznie i bez zbędnej złożoności.
Wtedy aktywny konsument może stać się rzeczywistością. Nie dlatego, że ludzie zasadniczo się zmienią, ale dlatego, że zmienią się usługi, do których mają dostęp.
Autor:
Daniel Szantai
Pači sa ti članok, zazdielaj ho